O mnie

Gotowałem „od zawsze”. „Winna” temu jest niewątpliwie moja babcia, Irena Żarczyńska i jej przebogata, kresowa kuchnia. Umiejętność mieszania w garnkach bardzo mi się przydała, kiedy w wieku 15 lat powędrowałem do szkoły z internatem. Miało to miejsce kilka lat po wprowadzeniu stanu wojennego, jak więc wiecie (albo i nie), na półkach sklepów spożywczych królowały wtedy butelki z octem a po bochenek chleba stało się w kolejce sfrustrowanych życiem ludzi, czasami nawet ponad godzinę.

 

Co tydzień pokonywałem dystans niecałych 100 km, dzielących mój dom od szkoły, do której uczęszczałem, targając ze sobą plecak pełen wiktuałów. Bynajmniej nie była to oznaka dopieszczania mnie ze strony rodziców i dziadków, tylko zwyczajna konieczność dokarmiania się w tych trudnych czasach. W internacie miałem możliwość gotowania na kuchence gazowej, wyposażonej w dwa palniki. Była to naprawdę niezła szkoła robienia czegoś, praktycznie z niczego. Dziwnym jednak trafem, do dzisiaj im bardziej awaryjna sytuacja i im mniej składników, tym ciekawsze bywają finalne rezultaty moich kulinarnych działań.

zdjęcie: www.facebook.com/pages/Technikum-Leśne-w-Brynku

 

zdjęcie: www.facebook.com/pages/Technikum-Leśne-w-Brynku

 

Kilka następnych lat, spędzonych we Wrocławiu, nieszczególnie sprzyjały kulinarnej rewolucji. Studia a potem praca w korporacji (to był początek tego, co dzisiaj nazywamy wyścigiem szczurów) wysysały ze mnie wszystkie siły. Odżywałem praktycznie tylko wtedy, kiedy przyjeżdżałem do Kluczborka, czy właściwie na Ligotę Górną, wioskę, do której przenieśli się moi rodzice. Urządzałem wtedy mniejsze i większe, mniej i bardziej spontaniczne spotkania z moimi przyjaciółmi, bawiąc się kuchnią, która w latach 90-tych otwierała się coraz bardziej na światowe nowinki. W zasadzie co najmniej raz do roku bywałem też we Francji, jakiś czas spędziłem także w Niemczech i Anglii, wszędzie starając się podpatrywać, co tam wrzuca się do garnka. Z Francji wracałem zawsze z plecakiem pełnym serów i win a z Anglii przywiozłem zamiłowanie do muesli ( o puddingach mojej ciotki, rodowitej Brytyjki, miłościwie zmilczę …).

Następnym krajem, w którym spędziłem dobrych kilka lat mojego życia, była Portugalia.

 

Tak się jednak stało, iż moja droga do kraju położonego nad Tagiem wiodła z innego, położonego nad Sekwaną … Dlatego też smak portugalskiej kuchni, poznałem w małej wioseczce w Burgundii. Byłem wtedy gościem w domu Maribel, mamy mojego serdecznego przyjaciela, Staszka Ponińskiego.

Staszek – osoba niegotująca – zaskoczył mnie propozycją przygotowania dla mnie zupy. Jeszcze większe zdumienie wzbudził we mnie fakt, że zupa miała pochodzić z kraju, który on sam niedawno odwiedził, a o którym ja w zasadzie nie miałem bladego pojęcia – z Portugalii. Dodam dla wyjaśnienia, że był to rok 2000.

Z lekkim niedowierzaniem patrzyłem, jak Staszek zabiera się on do ucierania ząbków czosnku z solą i natką (jak mi się wtedy wydawało) pietruszki. Po kilku energicznych ruchach w pięknym, zabytkowym moździerzu, wiedziałem już, że z pewnością nie jest to pietruszka. Zapach, który doskonale przebijał się przez mocny przecież, czosnkowy aromat, nie przypominał mi niczego, czego dotąd próbowałem. Owym ziółkiem okazała się być kolendra a potrawą którą przygotował Staszek, zupa alenteżańska (sopa alentejana).

Była ona również pierwszą potrawą, którą zjadłem zaraz po przyjeździe do Portugalii. Miało to miejsce w pomieszczeniu, które raczej trudno byłoby nazwać restauracją. Był to w zasadzie niewielki pokój na parterze kamienicy, w lizbońskiej dzielnic -Alfamie. Kucharką i kelnerką jednocześnie, była starsza, przesympatyczna pani, która przygotowała nam właśnie sopa alentejana. Nie dziwcie się więc proszę, że do kolendry mam dość specyficzny stosunek i niestety zero zrozumienia dla ludzi, którzy tego przesympatycznego ziółka nie znoszą …

Ogród

Na blogu znajdziecie różne przepisy. Oprócz tych nawiązujących do mojej ukochanej kuchni portugalskiej, z racji pochodzenia moich dziadków, znajdą się tutaj również i proste polskie przepisy, wywodzące się z kuchni kresowej. Nie zabraknie także przepisów, które wymyślałem w związku z restrykcyjną dietą mojej znajomej, zaleconej jej przez lekarza-specjalistę.

Odkąd pamiętam, moja rodzina posiadała działkę. Kiedyś była to typowa działka w mieście, obecnie to po prostu kawałek ziemi przy domu. Z równą przyjemnością grzebię więc w ziemi, jak i używam tego, co udało mi się na niej wyhodować. Obecnie więcej jest na nich kwiatów i ziół, niż warzyw, jednak zeszyt z przepisami z czasów, kiedy ogród był bardziej warzywny, pełen jest przepisów.

Zapraszam więc na moje Kresy – te nasze polskie i te dalsze – portugalskie …

Więcej o Portugalii na moim blogu Luzomania i jego fanpage’u na facebooku.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>